wtorek, 24 grudnia 2013

Patryk

Rozdział 3
 Przydział i odkrycie pasji grania w horrorze.
Obudził mnie głośny krzyk.
- Wstawaj! No wstawaj, bo się spóźnimy! Wake up, jak po polsku nie rozumiesz! Bo wyrzucę ci tę twoją piłkę! No ja już więcej nie mogę... Kara, wymyśl coś. Nie chcę słuchać gadaniny Szanowskiego od początku roku.
To była Ola.
- Współczuję twojemu mężowi - odezwałem się. - Nie mogłaś mnie inaczej obudzić? Albo lepiej. Poczekać aż sam to zrobię. A kto to tak właściwie jest ten Szanowski?
- Faktycznie mogłam oblać cię wodą. A Szanowski to nauczyciel. Nie przepadam za nim, tak jak on za mną. Jak się spóźnię, będzie miał kolejny powód do ośmieszania mnie przy całej klasie.
Zacząłem mieć poważne obawy, czy przypadkiem nie będzie tu tak jak w szkole.
- A tak ogólnie... Jesteśmy już na miejscu?
 - Tak! A niby po co miałabym cię budzić? I to całe dwie minuty!
To zabrzmiało dość dziwnie, ale lubię mieć ostatnie słowo.
- Masz zegarek i liczysz? A może stoper?
Karolina niewytrzymała i parsknęła śmiechem. Zresztą ja się do niej przyłączyłem. Ola wzniosła oczy do góry i próbowała zachować kamienną twarz, ale jak wiadomo, śmiech jest zaraźliwy.
- Chodź żartownisiu, bo spóźnimy się na Przydział.
Oczywiście. Zawsze muszę dowiadywać się o wszystkim na końcu.
- Co to jest ten Przydział?
- Nic ważnego - odezwała się Kara. - To tylko przydzielanie do pokoi tych, którzy są tu pierwszy raz.
- Dla nas faktycznie nie jest ważny, ale jak ty się spóźnisz, czeka cię bieganie od jednego pokoju do drugiego - sprostowała Ola.
Szybko zarzuciłem sobie plecak na ramię i wziąłem w rękę walizkę.
Gdy wyszedłem, zobaczyłem, że nazwanie tego miejsca miastem, jest bardzo naciągane.
Całość składała się z pięciu sporych budynków. Przypominały bloki, ale różniły się długością. Trzy były długie jak ulica, a dwa pozostałe miały ledwo dziesięć metrów. Wszystkie były wysokie. Każdy z nich był innego koloru. Niebieskiego, zielonego, żółtego, czerwonego i fioletowego. Wszystkie twożyły koło, a w środku niego znajdował się placyk z drewnianą sceną. Za budynkami znajdował się las i wydało mi się, że jedyną drogą do jakiegoś miasta jest asfaltówka.
- Słuchaj Patryk - zwróciła się do mnie Kara. - Ja z Olą idziemy do naszego pokoju. Ty poczekaj przy scenie.
- Dobra.
Stanąłem przy podeście. Wielu ludzi w różnym wieku przechodziło obok mnie, kierując się do budynków. Jednym słowem, nuda. Postanowiłem wyjąć piłkę ( dobrze, że ją zabrałem) i trochę pokopać. Ja do sceny, scena do mnie. Wreszcie czułem, że żyję.
Kątem oka zauważyłem, że kilkanaście osób stało i patrzyło się na mnie. Właśnie miałem zatrzymać piłkę, gdy zamieniła się w kota. Niechcący. Naprawdę niechcący, nadepnąłem na niego. Następnie wydarzyło się piekło, a przynajmniej dla mnie, bo inni się śmiali.
Kot zmienił się w dwa koty, które biegały mi między nogami. W głowie usłyszałem złośliwy głos kapitana z przeciwnej drużyny ,,Tańcz Pati, tańcz''. Udało mi się utrzymać na nogach tylko przez piętnaście sekund. Później wywaliłem się na ziemię.
- Dość! - ktoś krzyknął. - Empiro de nais.
Jeden kot zamienił się z powrotem w piłkę, ale drugi cały czas siedział. Szybko się podniosłem. Właścicielem głosu był niski staruszek.
- Wiem, że jesteście dziećmi, ale nie spodziewałem się po was czegoś takiego. A ty chłopcze, jeśli coś zbijesz...
- Spokojnie prze pana - powiedziałem. - Nie kopię piłki po raz pierwszy.
- Każdemu może zdarzyć się wypadek. Aha, ten kot jest twój.
- Co?!
- Jeśli chcesz mogę komuś kazać go utopić, bo-
- Nie! Zgadzam się.
Jeszcze czego! Koty by topili. Takich to sam mam ochotę potopić, żeby zobaczyli jak to fajnie.
- Jak go nazwiesz?
Spojrzałem na niego. Był cały czarny. Nic nie przychodziło mi do głowy.
- Niech będzie... będzie... Eee... Kot.
Wiedziałem, ze palnąłem głupotę, ale nie potrafiłem temu zaradzić. Staruszek pokiwał zadowolony głową.
-  Przyda wam się jeszcze moc porozumienia. Telenos dati.
Następnie wszedł na scenę i zaczął mówić.
- Nie będę zanudzał tych, którzy przyszli tu z własnej woli. Dołączyło do nas pięciu nowych magów. Zapraszam po kolei na scenę. Mariola Dąbrowska! Ewelina Dąbrowska! Henryk Deszczkiewicz! Dariusz Szyborski! Patryk Piłoski!
Wszedłem na scenę i stanąłem obok reszty.
Mariola i Ewelina były bliźniaczkami. Miały długie, brązowe włosy i blade twarze. Henryk zaliczał się do grupy kujonów. Czarne włosy, koszula w kratę i okulary. Darek był wysokim brunetem. Miał bardzo długie nogi.
- Jestem dyrektorem tej szkoły i tak dalej. Nie mam zamiaru was przynudzać. Bliźniaczki, dojdziecie do Michaliny. Pokój dwunasty w zielonym budynku. Drugie piętro. Henryk, dojdziesz do Zbyszka i Maćka. Pokój piąty, zielony budynek. Pierwsze piętro. Dariusz i Patryk, będziecie w pokoju siódmym. Niebieski budynek i pierwsze piętro. Plany lekcji są wywieszone w pokojach. Stołówka jest w żółtym budynku. Lekcje odbywają się w czerwonym. W nim jest też biblioteka i takie tam. Do fioletowego nie wolno wchodzić. To wszystko. Macie jakieś pytania?
Pokręciliśmy głowami.
- No to idźcie się rozpakować.
Zeskoczyłem ze sceny i chwyciłem walizkę z plecakiem. Ruszyłem w stronę niebieskiego budynku. Przyłączył się do mnie Darek.
- Hej! FC Barcelona czy Real Madryt?
Od razu mi się spodobał.
- Madryt. A ty?
- Też.
- Jak dobrze, że nie jesteśmy w przeciwnych.
- Wolę nie myśleć co by się stało.
- Ale w wyobraźni wygląda dość śmiesznie.
- Z tym mogę się zgodzić.
~ A mnie nikt nie zapyta o zdanie? - odezwał się jakiś głos.
Rozejrzałem się.
- Coś się stało? - zapytał Darek.
- Wydawało mi się, ze ktoś coś mówił.
- Nic nie słyszałem.
~ Musisz mnie ignorować?
- Znowu coś słyszałem.
- Hmm... - Darek się zamyślił. Spojrzał na kota. - Kocie, to ty?
~ Chociaż jedna osoba.
- On gada?! - zapytałem.
- Ja go nie słyszę. Pewnie o to chodziło temu dyrektorowi, gdy rzucał zaklęcie.
- Czyli mam gadającego kota? Lepiej być nie mogło.
~ Jestem mądrzejszy niż psy, a wracając do tematu, ja wolę Barcelonę.
- Co on mówi? - zapytał się Darek.
- To, że on jest za Barceloną.
- Jak myślisz, parapet czy przy drzwiach?
Od razu zrozumiałem.
- Lepiej na parapecie. Za drzwiami ktoś zobaczy i będą kłopoty.
- Ok.
~ O co chodzi?
Postanowiłem nie odpowiadać.
Muszę powiedzieć, że gdy wszedłem do środka budynku, rozczarowałem się. Spodziewałem się... Bo ja wiem? Ale na pewno nie myślałem, że korytarze będą takie jak w zwykłym hotelu. Niebieskie ściany, gdzieniegdzie obwieszone zdjęciami lub ogłoszeniami.
Pokój, w którym miałem spędzić część swojego życia, też się nie wyróżniał. Dwa łóżka, jedna wielka szafa, stół bez krzeseł i telewizor.
- Które wolisz? - zapytałem się Darka.
~ Ja te z widokiem na telewizję.
- Nie ciebie pytałem.
- Rozmowa z kotem? - domyślił się Darek. - Muszę kogoś poprosić o rzucenie zaklęcia.
- Chcesz go słuchać? A proszę bardzo. Telenos dati - powtórzyłem zaklęcie, którym posłużył się dyrektor.
~ Słyszysz mnie?
Darek popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Nie wiedziałem, że umiesz czarować.
- To teraz już wiesz, a wracając do pytania o łóżko. Namyśliłeś się?
- Ty pierwszy wybieraj. Mi to obojętne.
- Mi też.
- Wybieraj.
- Po prostu wyliczę - i zacząłem wyliczankę. W końcu okazało się, że zajmę łóżko przy ścianie, a Darek to, które chciał kot.
Gdy rozpakowaliśmy się Darek złożył mi propozycję zwiedzenia lasu. Od razu się zgodziłem. Wchodząc do lasu, przez chwilę zastanowiłem się czy to na pewno bezpieczne. Upewniłem się myślą, że gdyby było niebezpiecznie to nikt by tu nie budował szkoły.
Przeszliśmy sporą część trasy gadając o ulubionych piłkarzach. Rozmawialiśmy w najlepsze, gdy usłyszałem, a właściwie nie usłyszałem, ptasiego śpiewu. Cały czas śpiewały ptaki, a teraz umilkły.
Dałem znak Darkowi, żeby się zatrzymał. Od razu zrozumiał. Odwróciliśmy się plecami do siebie. W powietrzu wyraźnie było czuć napięcie. Nagle Darek wrzasnął. Gwałtownie się odwróciłem i sam krzyknąłem.
Kiedyś na spotkaniu klasowym oglądałem jakiś horror, w którym baba wyłazi z telewizora. ( Kiedy wróciłem do domu przez ponad tydzień miałem koszmary) Dziewczyna, która szła przed nami wyglądała podobnie. Tyle że bardziej przekonująco. Jedyną różnicą był struj. Czerwona bluzka i spodnie. Najgorsze było jednak to, że chodziła o wiele szybciej niż ta z filmu i miała wyciągnięte ręce, z których kapała krew, w naszą stronę. To wystarczyło, żeby uciec.
Gdy się odwróciłem zobaczyłem, że dziewczyna biegnie za nami. Przyśpieszyłem.
Nieoczekiwanie przed nami pojawił się chłopak. Wyglądał i zachowywał się tak jak dziewczyna. Różnił się jednak długością włosów. To było bardziej przerażające, ponieważ nie miał twarzy. W sensie, że nie miał oczu, nosa i ust.
- Na drzewo! - krzyknąłem pewien, że będzie nam się łatwiej obronić.
Darek wspiął się bardzo szybko, a ja za nim. Po chwili siedzieliśmy wysoko na drzewie. Po chwili zobaczyłem jeszcze z pięć horrorystycznych postaci. Żadna się nie wdrapywała. Wszystkie otoczyły pień i zaczęły śpiewać.
- Znasz ten horror? - zapytał mnie Darek.
- Bardzo dobrze. Na dodatek ten tutaj jest prawdziwy i chyba nie chcę zakończenia.
- Skaczemy?
- Na dół?! Zwariowałeś?
- Na inne drzewo. Potem na kolejne i tak dalej.
- Wolę uciekać niż siedzieć i czekać na zakończenie piosenki.
- Ja też.
Szybko przemieszczaliśmy się z drzewa na drzewo, a ja cieszyłem się, że nie ma tu żadnej dziewczyny. Nie muszę pisać dlaczego. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że skakanie z jednego drzewa na drugie jest bardzo męczące.
- Skacz dalej. Ja nie mogę - odezwał się Darek.
- Ja też.
Znowu zostaliśmy okrążeni.
- Czy przypadkiem nie jest ich więcej? - zapytałem i od razu pożałowałem. Mieliśmy już na karku dwudziestu ludzi z telewizora.
- Jest ich coraz więcej. Masz scyzoryk? - zapytał Darek, wyjmując swój.
Skinąłem głową i zabraliśmy się do piłowania jednej z gałęzi. Nagle drzewo, na którym siedzieliśmy zakołysało się i zaczęło przewracać się do przodu.
- Skacz! - krzyknąłem i sam skoczyłem na gałąź sąsiedniego drzewa. Chwyciłem się jej rękoma i podciągnąłem. Na sąsiednim drzewie siedział Darek.
- Co jest?! Chcą nas zwalić razem z drzewem?!
- A skąd ja mam to wiedzieć?! To tacy sami psychopaci jak ta dziewczyna z telewizora. Może to jej krewni?! - krzyknąłem ze strachem.
- I co?! Przyszli nas zabić po roku?!
- Nie wiem, ale przecież widzisz podobieństwo!
- Co teraz? Nie będziemy wiecznie skakać z drzewa na drzewo. Właśnie! Jak  umrzemy to pamiętaj, że to był twój pomysł.
- jak byśmy biegli to by nas otoczyli.
- Skąd wiesz?
- Nie wiem! Słuchaj Patryk. Byłeś wspaniałym przyjacielem. Przez godzinkę, ale byłeś. Szkoda, że umrzemy  po poznaniu się, ale widać los tak chciał.
- Błagam cię! Nie gadaj, bo na prawdę umrzemy!
Nagle usłyszeliśmy czyiś głos.
- Tam są! Trzymajcie się chłopaki! Grupa A na prawo! B na lewo! Moi przodem!
Osoby z telewizora rozdzieliły się. Część pobiegła na prawo, a część na lewo. Pozostali rzucili się na ostatnią grupę. Zobaczyłem niebieskie i zielone promienie, które latały w powietrzu i trafiały w ludzi z horroru. Ci rozsypywali się w czarny pył. Usłyszałem też kilka ludzkich krzyków. Jednak zanim zdążyłem się otrząsnąć i zejść z drzewa, aby jakoś pomóc, walka się skończyła.
Pierwszą osobą, która wyłoniła się z krzaków była Ola. Nie przeszkodziło mi to jednak i z radości uściskałem ją z całych sił. Po chwili odsunąłem się zmieszany. Zobaczyłem, że z pomiędzy drzew wyszła jeszcze Karolina, a za nią jeszcze jakiś chłopak z krwawiącym policzkiem.
- Myślałem, że umrzemy - powiedział Darek.
- Nie pytajcie co on paplał gdy siedzieliśmy na drzewach - dodałem.
- Myślałem, że umrzemy!
- Ja też!
- Lepiej się obaj zamknijcie i cieszcie się, że zdążyliśmy! - krzyknęła Ola.
- A co niby robimy? To jest nasza radość - odpowiedziałem.
- Z tym się mogę zgodzić. Najlepsza radość po śmiertelnym zagrożeniu to mówienie o śmierci - powiedział Darek.
- Zamknij się! - krzyknęły dziewczyny.
- Lepiej pomóżmy pozostałej szóstce - odezwał się milczący dotąd chłopak. -  Dwoje z nich są dopiero na drugim stopniu i z pewnością odnieśli rany. Potem pogadacie.
Pokiwaliśmy głowami i ja z Darkiem skierowaliśmy się na prawo, a oni na lewo. Nie mogłem się już doczekać odpowiedzi na wiele pytań, które po stresie pojawiły się w mojej głowie.

Życzenia

Z okazji świąt Bożonarodzeniowych, życzę wam wszystkiego najlepszego. Dużo zdrowia, pomyślności, moc prezentów i pysznego karpia - najlepiej bez ości.
A teraz bez wierszowo:
Choinki pięknie ustrojonej , gościa tajemniczego i wspaniałej atmosfery.
PS: Mam nadzieję, że te życzenia są w miarę normalne. Nigdy nie byłam dobra w ich składaniu ( Chyba że chodzi o urodziny)
PS 2: Życzę jeszcze bardzo dobrych ocen i jak najmniejszej liczby sprawdzianów :)

Ala i jatoaaa

PS 3: A: Niedługo wstawimy kolejny rozdział. Po prostu musicie wybaczyć, ale jatoaaa wpadła na piekielnie chory pomysł i ja chcę go zmienić.
J: A Ala nie chce przystać na mój pomysł, który nie jest aż taki tragiczny.

niedziela, 17 listopada 2013

Patryk

Rozdział 2
Podróż autobusem, który nim nie jest. 
Super. Po prostu super. Po drodze do mojego domu dziewczyny wyjaśniły mi co to znaczy być dzieckiem magii. Czasem lepiej żyć w nie wiedzy.
Do niedawna żyłem ,,spokojnie'' od czasu do czasu męczony przez różne stwory lub ludzi. Służyli jakiemuś panu, który jak się dowiedziałem jest Qutrynem Macem - wiecznie żywym i nie ciekawym typkiem. Niektórzy składali mi propozycję dołączenia do ich szeregów, podbicia świata, zdobycia władzy i bogactwa, i takich tam. (Oczywiście nie zgadzałem się na coś takiego) A reszta taka jak wilkołak, wiedźma, wampir próbowali mnie zabić. Jednak mieli do czynienia ze sportowcem, który potrafi czarować.
Czarowanie nie jest właściwie trudne. U mnie zawsze polegało to na przypomnieniu tej... Dawnej Mowy i wypowiedzeniu odpowiednich słów. Nic nie jest jednak za darmo. Rzucanie zaklęć męczy. Za pierwszym razem gdy użyłem magii ledwo (trochę przesadzam. Trudniej.) dotarłem do domu.
Może powinienem wyjaśnić. Wszystkiego domyśliłem się w wieku dziesięciu lat. Wtedy po raz pierwszy użyłem nieznanego mi języka. W czasie lata zachciałem zjeść loda. Dla żartu powiedziałem: Fellonio fi gewa, jeczat. Co znaczy: Poproszę małego, mieszanego. Nieźle się zdziwiłem, gdy nagle okazało się że trzymam w ręce ,,zamówienie''. W tym samym czasie poczułem się zmęczony, ale udało mi się dojść (tak. Wiem. Uwielbiam przesadzać) do pokoju. Przespałem w łóżku pięć godzin!
Od tamtego czasu długo ćwiczyłem i teraz mam mniej ograniczeń. Brzmi ,,trochę'' dziwnie, ale cóż.

Właśnie pakowałem się.
Dlaczego? - Wyjeżdżam z dziewczynami do miasta Magia, o ile można to miejsce nazwać miastem.
Skąd ta nazwa? - Magowie są walnięci. Jak coś związane jest z magią to musi zawierać jej nazwę. (nie zdziwię się jak autobus, którym tam dojedziemy będzie nazywał się Magiczny autobus - zniżka dla magów.)
Po co? - Żeby poduczyć się i takich tam.
Co na to rodzice? - Myślą, że to obóz całowakacyjny (o ile takie słowo istnieje), a ja zapomniałem im powiedzieć, że zapisałem się na rezerwę.
Kiedy wyjazd? - Jak tylko skończę się pakować.
Uff... Wreszcie zapiąłem walizkę. Od tego układania zaczęły boleć mnie ręce. Zastanowiłem się czego mi brakuje i... Nic nie przyszło mi do głowy. Widocznie wszystko miałem. Sprawdziłem listę na której mama zapisała mi wszystkie najważniejsze rzeczy.
O zgrozo! Uświadomiłem sobie, że są tam tylko moje ubrania! A gdzie piłka! Mam ją samą zostawić! Cały czas w końcu jestem sportowcem, a sportowiec musi trenować. ( A tak przy okazji związałem się z moją piłką. Że tak powiem: ma Manitou*. Tak samo jak z rowerem, ale nie zabiorę go bo jak?)
Chwyciłem ją. Czerwona z żółtymi, błyszczącymi trójkątami. Jest z 2012. Pamiętna data, ale nasi piłkarze są do niczego. Tak przegrać... Przynajmniej Hiszpania wygrała w finale.
Wrzuciłem piłkę do plecaka, zakańczając rozmyślania o nodze. Po namyśle chwyciłem swój pierwszy medal. Brąz z przełajów. Nie wiem dlaczego, ale zawsze był dla mnie talizmanem. Zawiesiłem go na szyi i schowałem pod koszulkę.
Nic więcej nie potrzebowałem. Zarzuciłem plecak na ramię i chwyciłem walizkę. Na tyle ile mogłem starałem się nie wywalić ze schodów, zbiegając z nich. Na ostatnim zahaczyłem plecakiem o poręcz i prawie uderzyłem głową o ścianę. Następnie udało mi się wyrobić na zakręcie do korytarza.
Dlaczego biegłem? Lubię szybkość.
Pożegnałem się z mamą, która kazała mi się dobrze zachowywać i zacząłem biec w stronę przystanku. Gdyby nie walizka to byłby jeden z najlepszych biegów. Słońce świeciło, a lekki wiatr ścigał się zemną.
W końcu dobiegłem na przystanek. Dziewczyny już stały.
- Cześć - przywitałem się łapiąc oddech.
- Czemu biegłeś?- zapytały jednocześnie i się zaśmiały.
- Bo lubię, a co? Zakaz?
- Biegaj lepiej za piłką, a nie z walizką. Wiesz jak dziwnie to wyglądało? - zapytała Ola.
- Nie. A w tym mieście, które nie jest miastem, jest dużo miejsca? Wiecie... Mam przy sobie piłkę i kocham biegać.
Ola otworzyła szeroko oczy, a Kara chwyciła się za głowę.
- Matko święta... Dlaczego nie nauczyłam się rozmywania piłek. Przecież nie będziesz miał czasu na kopanie... Ola, powiedz mu coś. Może ciebie posłucha.
- Nie martw się. Perswazja to moja dobra strona. Patryk - zwróciła się do mnie. - Gdzie jedziemy?
- Do Magii.
- Po co?
- Ja akurat nie widzę w tym sens... Ał! To bolało! - Karolina kopnęła mnie z całej siły w kostkę.
- Osoby posiadające czołgowe i opancerzone buty, nie mogą atakować ludzi - spojrzałem na nią oskarżycielsko, a ona odpowiedziała spojrzeniem mówiącym ,,jestem niewinna'' i ,,sam się o to prosiłeś''.
- Czekam. Po co tam jedziesz? - Ola zapytała się po raz kolejny.
- Aby poduczyć się.
 - Czy to obóz sportowy lub jakaś kolonia?
Szczerze mówiąc korciło mnie, aby odpowiedzieć tak. Pamiętając jednak wciąż bolącą kostkę i koszmarne buty, które są wzmocnione blachą i gwoździami (nie żartuję) odpowiedziałem:
- Nie.
Ola się uśmiechnęła. Od razu było widać, że czekała na tą odpowiedź.
- Widzisz? Sam to powiedziałeś. Czy więc, jest sens zbieranie jakiegokolwiek sprzętu sportowego? Przecież będziesz się tam uczył.
Od rozpaczliwej sytuacji wybawił mnie autobus z napisem ,,Magiczny autobus. Expres dla magów.'' - Tak. Magowie zdecydowanie mają coś nie tego w głowie.
Szybko wskoczyłem do niego, a za mną dziewczyny.
Gdy tylko rozejrzałem się po wnętrzu stanąłem jak wryty. Ten pojazd mógł być sobie autobusem, ale tylko z zewnątrz. W środku był większy ze trzy razy. Zamiast foteli znajdowały się kanapy, regały z książkami, dwa telewizory i trzy komputery. Kierowca musiał mieć za sobą lata nauki, ponieważ na kierownicy  i obok niej wmontowane były przeróżne naciski, dźwigienki i pokrętła.
Oprócz naszej trójki w autobusie siedziało z dziesięć osób, z czego trzy przy jednym kompie. Za sobą usłyszałem śmiech.
- I co? Taki z ciebie sportowiec, tyle jeździsz autobusami na zawody, a nigdy nie widziałeś takiego samochodu? - Ola wyraźnie ze mnie drwiła, ale i ja znalazłem powód do śmiechu.
- A ty taka mądra? Na lekcjach się zgłaszasz, sprawdziany na szóstkę... I nie potrafisz odróżnić samochodu od autobusu? Chyba będę musiał porozmawiać z paroma osobami.
- A co to za różnica? Tylko nie graj tu w piłkę. Nie chcę mieć na głowie wybitej szyby.
- Lepiej siadajmy. Za chwilę ruszymy - powiedziała Karolina.
Ola od razu usiadła, a Kara dołączyła się do niej. Ja wybrałem inną kanapę stojącą tak, abym miał na widoku kierowcę. Chciałem zobaczyć jak można kierować takim autobusem.
Chwilę później czekał mnie kolejny szok. Autobus ruszył, ale nikt nim nie kierował! Kierownica i dźwignie same się poruszały! Od razu poinformowałem dziewczyny o moich obawach, ale te powiedziały, że autobus nie potrzebuje kierowcy.
Jechaliśmy już półtorej godziny, a ja zaczynałem się nudzić. Dlaczego dziewczyny nie są chłopakami? Nie interesowałem się komputerami i telewizorami, a na pewno nie rozmawianiem z dziewczynami. Pozostałe osoby, jako dorośli nie wchodzili w grę. Przypomniały mi się słowa taty. ,,Wiesz synku, co robili ludzie wiele lat temu gdy się nudzili? Gdy nic nie mogli robić? Szli spać.'' Posłuchałem rady i szybko usnąłem, ukołysany dźwiękiem silnika.
                                                                                       jatoaaa
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* - Mówiąc, że przedmiot ma Manitou, podkreślamy jego wartość dla nas. Najczęściej takim przedmiotem jest coś, z czym mamy wiele wspomnień. Dla mnie Manitou ma mój rower. Jeżdżę na nim od dawna i miałam na nim 4 poważne wypadki. O pierwszym lubię opowiadać (nic dziwnego. Dzięki niemu dowiedziałam się, że potrafię zachować zimną krew itd. itp.) najważniejsze to dbanie aby rodzice się o nim nie dowiedzieli. o 2 nie chcę myśleć. Z 3 wyniosłam doświadczenie, a z Ok. nie będę o tym pisać. Sorki, ale ja już jestem taka gadatliwa :)
Mam nadzieje, że jakoś wytłumaczyłam te Manitou :)

piątek, 25 października 2013

Ola

Rozdział 1
 Spotkałam dziecko magii!
 Szłam sobie spokojnie ulicą, gadając z moją przyjaciółką. Nazywa się Karolina Dec i ma czternaście lat. Jest wysoka. Posiada piękne, długie, kręcone, czarne włosy. Jej oczy są niebieskie, a twarz jak z obrazka. Trenuje piłkę nożną. Jest magiem. Współczuję jej, bo żeby cokolwiek zrobić musi się nauczyć zaklęcia, a na dodatek potrzebuje źródła siły czyli różdżki.
Wreszcie zobaczyłam cel naszej podróży. Sklep z ubraniami Roberta Adamskiego. Mimo że są tu praktycznie najlepsze ciuchy po normalnych cenach rzadko jest odwiedzany. Możliwe że to z powodu złudnych rozmiarów. Patrząc z zewnątrz wydaje się bardzo mały, jednak kiedy się wejdzie... Co najmniej dziesięć razy większy.
Zaczęłyśmy oglądać ubrania. Ja znalazłam dla siebie bluzkę z krótkim rękawkiem w kolorach tęczy. Leżała na mnie idealnie. Kara wypatrzyła śliczną błękitną sukienkę do kolan. Na ramiączkach była posrebrzona, a w tali obwiązana czarnym paskiem ze srebrną zapinką. Zakręciła się w kółko.
- Jak wyglądam? Czy lepiej żebym przymierzyła tą ciemniejszą?
- Wyglądasz cudownie! Normalnie jakby czekała tutaj specjalnie na ciebie - odparłam.- A moja bluzka?
Jest świetna! Właśnie. Przymierz sobie taką sukienkę. Są jeszcze inne kolory. Będzie na ciebie pasować.
- Nie... Wiesz przecież, ze nie noszę niczego innego niż spodnie. Gdzieś tu widziałam takie krótkie...
- Jesteś dziewczyną! Powinnaś chociaż raz założyć spódniczkę!
- Miałam na balu szóstoklasistów. Zaledwie tydzień temu. I dziwię się jak można nosić z własnej woli kiecki.
- Dobra chłopczyco. Koniec dyskusji. Ale gdybyś rzadziej nosiła spodnie to inaczej byś się czuła. Szukasz jeszcze te krótkie?
Skinęłam głową. Karolina na szczęście zażegnała konflikt. Nie lubię kłótni na ten temat. Ja przy swoim inni przy swoim i nie możemy pójść na kompromis. Nawet mama próbowała mnie kiedyś zaczarować! Przecież w noszeniu spodni są same plusy. Eh... tragedia z tym.
Po krótkim buszowaniu wreszcie znalazłam spodenki. Wybrałam granatowe. Właśnie miałyśmy ruszać do kasy, gdy usłyszałyśmy krzyk sprzedawcy, a następnie łoskot. Spojrzałyśmy po sobie przerażone. Kara wyciągnęła różdżkę. Pobiegłyśmy w stronę hałasu, aż nagle ni stąd ni zowąd na Karoliną wpadł jakiś mężczyzna. Przewrócili się. Facet poderwał się pierwszy. Odsunął się od nas prędko i wyciągnął z pochwy sztylet. Zanim zdążyłam zareagować rzucił go we mnie. W ostatniej chwili odskoczyłam. Wariat się nami nie przejmował. Odwrócił się i zaczął biec między stojakami. Osłupiałam.
- Co to miało znaczyć? - zapytała mnie Kara.
Nadal w szoku udało mi się wzruszyć ramionami. Ktoś kto uciekł z psychiatryka rzucił we mnie nożem! Mam pecha, ale to lekka przesada, no nie? Dopiero po dłuższej chwili oprzytomniałam. Ruszyłyśmy tym razem wolniej i ostrożniej. W końcu kolejne spotkanie z Panem X, jak go nazwałam co oznacza niewiadomą, na pewno nie byłoby lepsze. Z prawej strony dobiegły nas dwa głosy. Pierwszy zapewne należał do Pana X. Drugi brzmiał młodo.
- Mam cię! Posłuchasz wreszcie mojej oferty?!
- Zazwyczaj ludzie nie próbują mnie zabić, a następnie oferować jakiś głupot! - ten głos wydał mi się znajomy.
- Nie jestem człowiekiem!
- A co to za różnica u licha! Daj mi święty spokój!
 Szybko skierowałyśmy się w ich stronę. Wreszcie dobiegłyśmy. Zobaczyłam mojego niedoszłego zabójcę i... Znajomego z równoległej klasy. Dosłownie mnie zatkało.
Patryk chodził do szóstej c. Jest blondynem o lekko fioletowych oczach. Nie żartuję. Zdobył mnóstwo medali i pucharów w zawodach sportowych.
Zdziwiło mnie też to, że Patryk stał w koncie i nie walczył.
- Siema dziewczyny! Jak leci? - oczywiście. Nigdy nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji.
Pan X się odwrócił.
- A więc dziewuszki postanowiły się wtrącić... I co teraz zrobicie? Jedna zakopie mnie pod ziemią, a druga wyczaruje kwiatki? - wyraźnie drwił z nas. Zdenerwowałam się, ale w sklepie  nie było żadnej rośliny, a ziemia przykryta sporą warstwą betonu. Miał szczęście.
- Kim jesteś? - spytała Karolina.
- To przechodzi wasze wyobrażenie... Jestem pół magiem-pół wampirem. Tak, widzę wasze miny. Nic o tym nie wiecie. Jak wampir może być magiem? Biedaczki... Qutryn Mac...
- Stop, stop, stop - przerwał mu Patryk. - Jak ten gościu się nazywa?
- To pan nie gościu! - warknął Pan X. - I nazywa się Qutryn Mac!
I stało się coś czego nasza trójka nie przewidziała. Patryk zaczął się śmiać. Wraz z wiekiem, coraz częściej dopada go głupawka. Wystarczy jeden powód.
- Qutryn Mac? Rozumiem, że niektórzy mają na nazwisko King co znaczy Król więc Władce zrozumiem, ale imię? Ten twój pan nazywa się Okrutny. Jakie to zdrobnienie? Okru? Już wiem! Okruch! Człowieku... Z kim się zadajesz?
- Mój pan ma na imię Qutryn!
- Co znaczy okrutny. To nie moja wina, że taki język? Jakie macie jeszcze imiona, bo czuję że z powrotem poważnieję?
- Właściwie to on jest okrótny - wtrąciłam.
- Jezu! Czemu ja w ogóle z wami gadam? Wy dziewczyny się wynoście, a ty chłopcze posłuchaj co mam do powiedzenia albo giń!
Nie dobrze. Nie dość, że moje zaklęcie nie zrobiło tego co powinno to teraz przepadło.
Spróbuj czegoś jeszcze.
Porozumiałyśmy się w myślach. To całkiem przydatna rzecz.
Teraz miałyśmy spory orzech do zgryzienia. Wampiry najłatwiej przegnać światłem. Srebro je rani, a nawet zabija. Lecz pół wampir-pół człowieka, który w dodatku jest magiem... Tylko jak do tego doszło? Czy sługus Qutryna został umyślnie lub przypadkowo ugryziony przez wampira? Czy może to zaklęcie?
Nagle Pan X wyjął różdżkę, która przemieniła się w miecz.
- Świat będzie lepszym miejscem, jeśli zginą dwie uczennice. Zostałyście, to poznajcie konsekwencje.
Ruszył do ataku. Ja uskoczyłam w bok chwytając parę ubrań z wieszaków i cisnęłam nimi w Pana X. On jednak błyskawicznie uskoczył. No tak. Wampiry są zawrotnie szybkie. Karolina rozpaczliwie odparowywała ciosy swoim mieczem, wykrzykując co chwilę zaklęcia. W moim umyśle pojawiło się pytanie. Skoro zamieniła różdżkę w miecz, to czy może czarować?
Pół wampir jednym ruchem wytrącił jej miecz. Myślałam, ze to już koniec. Czułam się jakbym oglądała film w przyśpieszonym tempie. NA szczęście był z nami ktoś kto umie zachować zimną krew i spokojny umysł. Patryk coś wymyślił.  Jedno zdanie.
- Wijon wapi no sione bollen!
Pan X krzyknął, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Zniknął.
Staliśmy tam jakiś czas patrząc na siebie.W końcu odezwałam się.
- Patryk. Co wiesz o magii i kto to był?
- Kolejny z tych wariatów co chcą mi złożyć propozycję lub usunąć z tego świata. Co do magii... Teoria zero, praktyka dziewięćdziesiąt dziewięć na sto. A wy? Kim jesteście tak naprawdę?
- Magami. Karolina jest normalnym magiem. Wiesz... Różdżka i takie tam. Ja za to jestem magiem żywiołów. W skrócie żywiołowa. Choć raczej powinniśmy nazywać się magami żywiołu, ponieważ każdy z nas ma władzę tylko nad jednym. Ja władam ziemią.
- Co z sprzedawcą? - nagle odezwała się Kara.
- Spoko, żyje. Jest nieprzytomny. Nie będzie nic pamiętał - odpowiedział Patryk.
- Skąd wiesz? - spytała.
- Bo byłem przy tym jak był ogłuszany. Pomyśli, że mu się coś przyśniło.
- Powiedz mi tylko co to za zaklęcie, które mówiłeś? Skąd je znasz? Kto cię nauczył?- Karolina koniecznie chciała się dowiedzieć.
- Pohamuj się dziewczyno! Czuję się jak w sądzie! Co? Gdzie? Kiedy? Więcej nie będę odpowiadać. To kazało gościowi znikać i to dosłownie. Było widać.Nikt mnie nie nauczył. Zaklęcie należy do interesującego języka, dlatego że nie ma go na świecie. To dziwne nie? Język, który nie jest znany. A umiem go odkąd pamiętam. Koniec. Wytłumaczyłem wszystko. A nawet jeśli nie to mnie to nie obchodzi - założył ręce na piersi.
Po tym tłumaczeniu spojrzałam na moją przyjaciółkę. Musiałam się upewnić, że to o czym myślałam to brednie.
- W tym zaklęciu czułam moc. A te słowa, które istnieją choć nikt ich nie zna... To musi być zaginiony język.
Moje obawy się potwierdziły. Kara też rozumiała.
- Zaginiony język jest Zapomnianą Mową - wykrztusiłam.
- A Zapomnianą Mowę zawsze umiało każde...
Cały czas byłyśmy zszokowane. Nawet Patryk, który nic nie rozumiał był poważny. W końcu się otrząsnęłam. Zalało mnie mnóstwo różnych uczuć. Wróżba rozpoczęła swój bieg. Od dziś wszystko tanie się inne.
- Dziecko magii - dokończyłam
                                                                                     Ala.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wreszcie wrzuciłam. Mam jednak usprawiedliwienie.
1. Sprawdzian za sprawdzianem.
2. Nie wiedziałam, że przepisywanie z zeszytu na kompa może tak się ciągnąć.
3. Jestem adminką i muszę brać czynny udział na stronkach.
I stop.
Komentujcie. Dzięki temu będę wiedziała co mam doszlifować. Dopiero zaczynam więc rady bardzo mi się przydadzą.
Rozdział wyszedł jaki wyszedł. Dobra! Nie będę dalej gadać (pisać). Są ciekawsze rzeczy od tego.

poniedziałek, 7 października 2013

Dziecko magii i złote wrota

Prolog
Ola
Nazywam się Ola Torbańska. Jestem magiem żywiołów. W skrócie żywiołowa. Mieszkam w Bydgoszczy, ale jestem tam tylko w wakacje. Resztę czasu spędzam w Domu żywiołów. Mam władzę nad ziemią.
Mieszkam pośród ludzi, którzy myślą, że to wszystko co mnie otacza to fantazja, wymysły... A my nie wyprowadzamy ich z błędu. Tak jest lepiej.
Od wielu wieków dzielimy się na dobrych i złych. Dobrzy to my. Źli to czarni magowie. Zajmują się niszczeniem wszystkiego. Uwielbiają cierpienie innych. Dowodzi nimi najokrutniejszy człowiek świata, który zdobył sekret wiecznej młodości: Qutryn Mac.
Jedyna szansa na powstrzymanie go tkwi w dziecku magii. Od dwóch tysiącleci nie urodziło się żadne. Jednak kiedyś się pojawi. Nasza wróżbitka go przepowiedziała. 
Pewnego dnia na świat dziecko magii przyjdzie,
I aby pokonać zło, naprzeciw mu wyjdzie.
Przyjaciele mu pomogą,
O ile tylko mogą.
Tajemnicę tajemnic odkryć zdołają,
I w sercu sobie ją zachowają.
Choć młody wiekiem i przerażony,
Samotnie na próby wystawiony,
Przejdzie i walkę ostatnią stoczy.
Plama krwi go zmoczy.
Trochę napawa strachem, zwłaszcza to o krwi, ale wszystko skończy się dobrze. Tak przynajmniej powinno być. W końcu wystarczy jedna zmiana, a wróżba na nic się nie zda...

(Bo nie wyjaśniłam. Magowie posługują się patykami, które nazywają różdżkami.)